S. Dalia Matusiak: Życie zakonne potrafi być nie tylko ciekawe, ale potrafi zaskakiwać

Bóg nie przychodzi w fajerwerkach, ale często w ciszy i samotności. Zawsze zachęcam młodych, aby słuchali swoich pragnień i modlili się o zrozumienie, bo Pan daje nam pragnienia serca, tylko my czasem nie potrafimy ich słuchać – mówi s. Dalia Matusiak.

Kamil Krasowski: Jak odkryła siostra swoje powołanie?

S. Dalia Matusiak: Po swoim nawróceniu miałam ogromne pragnienie, aby oddać się Bogu bardziej. Modliłam się i szukałam. Z początku myślałam o tym, aby pojechać na misje jako świecka osoba. Pociągało mnie głoszenie Jezusa, bycie z tymi, którzy się pogubili i z tymi,
których społeczeństwo nie chce. Długi czas sądziłam, że to właśnie będzie to – sposób, w jaki poświęcę się Bogu. Kiedy jednak myślałam o tym jako o planie na życie, czułam niedosyt. Czułam, że powinnam jeszcze bardziej, jeszcze mocniej oddać się Bogu. Wtedy pierwszy raz przyszła myśl: „może życie zakonne?”. Bardzo długo walczyłam z tym pragnieniem, bo z jednej strony czułam, że powinnam poddać się temu pragnieniu, a z drugiej strony miałam marzenia o studiach i przyszłości. Miałam momenty, że czułam się jak biblijny prorok Jonasz: uciekałam przed powołaniem, ale czułam, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy zgodziłam się na taką drogę, w swoim sercu poczułam ogromny pokój.

KK: Jak wybrała siostra Franciszkanki Rodziny Maryi i swoje imię zakonne?

S. DM: Często, kiedy myślę o swoim powołaniu i o Zgromadzeniu, to mam poczucie, że to Franciszkanki Rodziny Maryi mnie wybrały. Nasze siostry znam od zawsze, ponieważ siostra mojej babci była Franciszkanką Rodziny Maryi. Jednak w mojej głowie zawsze było: „na pewno nie te siostry”. Początkowo, myśląc o życiu zakonnym, kierowałam się pragnieniem misji, dlatego długo moim jedynym wyborem były Misjonarki Miłości (siostry od Matki Teresy z Kalkuty). Z tymi siostrami nawiązałam kontakt i to ich posługa mnie fascynowała. W tym czasie moja ciocia, siostra zakonna, zachorowała i częściej zaczęłam przebywać u Sióstr Rodziny Maryi w Szamotułach. Dlatego właśnie myślę, że to Zgromadzenie wybrało mnie, bo dzięki tamtym wizytom zmieniłam swoje zdanie. Misje to jest coś, co nieustannie mnie pociąga i coś, co jest głębokim pragnieniem mojego serca, ale to właśnie w Szamotułach zrozumiałam, że przede wszystkim powinnam poświęcić swoje życie dla młodych ludzi, często zagubionych i poranionych. Dlatego finalnie rozeznałam, że Rodzina Maryi to jest ta droga, którą powinnam wybrać.
Jeżeli natomiast chodzi o imię zakonne, to po odnowie, którą przyniósł Kościołowi Sobór Watykański II nasze Zgromadzenie odeszło od zmieniania imion. Dalia to moje imię z chrztu świętego.

KK: Niektórzy zastanawiają się, czy życie w zakonie może być ciekawe… Jak to jest w rzeczywistości?

S. DM: Mam przekonanie, że życie jest ciekawe na tyle, na ile człowiek na to pozwoli. Zatem, tak. Życie zakonne potrafi być nie tylko ciekawe, ale potrafi zaskakiwać. Jezus i Jego Miłość zaskakuje wielokrotnie. Jeżeli to przyjmujemy, to nasze życie nie jest szare. Życie zakonne wymaga elastyczności i dyspozycyjności, więc nie ma przestrzeni na nudę. Sama doświadczam tego, że ciągle mogę się rozwijać i zmieniać, ciągle mogę odkrywać nowe przestrzenie i rzeczy.

KK: Czy w zakonie można rozwijać swoje pasje i marzenia? Czy siostrze się to udaje?

S. DM: Moje doświadczenie jest takie, że nie tylko mogę rozwijać pasję, ale również odkrywać nowe. Kiedy, jako młoda osoba, zastanawiałam się, jakie studia wybrać, co robić w dorosłym życiu, często czułam, że wybierając jedną drogę, ograniczam inną przestrzeń. W życiu zakonnym mam przestrzeń do interdyscyplinarnego rozwoju, także na płaszczyźnie pasji i marzeń. Mogę rozwijać swoje talenty i predyspozycje oraz wykorzystywać je w różnych obszarach. Od zawsze kocham góry, sport i historię. Mimo że pierwsze skojarzenie podpowiada, że życie zakonne ogranicza pewne sfery, to się z tym nie zgadzam. Moja miłość do gór nie tylko nie umarła, ale dzięki pracy duszpasterskiej mogę nią zarażać młodych tą pasją. Dzięki byciu z młodymi można pasję rozwijać i mnożyć. Sport i historia to tylko niektóre pasje, które towarzyszą mi na co dzień. Jeżeli natomiast chodzi o marzenia, to kiedy dorastamy, nasze marzenia się zmieniają. Podobnie jest w życiu zakonnym, marzenia nie umierają, ale przemieniają się, aby finalnie się spełnić.

KK: Od kilku lat prężenie działa siostra z młodzieżą w Gorzowie Wlkp. Co robicie?

S. DM: Z młodymi w Gorzowie Wielkopolskim działam głównie na przestrzeni wolontariackiej. Tworzymy wspólnotę Caritas zarówno w szkole jak i w parafii. Oprócz pomagania i akcji charytatywnych przede wszystkim jesteśmy razem, spędzamy czas i rozwijamy się. Młodzież chętnie włącza się w życie społeczne i parafialne. Jest to przestrzeń, w której młodzi odkrywają swoje talenty i je rozwijają. Często sami mają wiele pomysłów, którym trzeba jedynie pozwolić kiełkować. Wielu z nich bierze udział w formacji, którą proponuje nasza parafia, jako ministranci, oaza czy formacja Wspólnotowych I Piątków Miesiąca. Dodatkowo spora część młodych odnajduje w sobie chęć rozwoju intelektualnego, stąd wiele konkursów, w których udaje się nam brać udział jako szkoła.

KK: Jak siostrze się to udaje, ma siostra jakiś „przepis” na młodych ludzi, by w dobie komputerów i smartfonów skutecznie ich zainteresować?

S. DM: Mam doświadczenie, że jedyne co w tym „przepisie” jest potrzebne to obecność. Trwanie z młodymi i danie im przestrzeni, w której mogą być sobą. Dzisiejsza technologia daje wiele, ale nie zastąpi relacji, czasu i wspólnoty. To właśnie ta przestrzeń, w której my pedagodzy oraz ludzie Kościoła mamy pole do działania. Młodzi chcą czuć się potrzebni, potrzebują poczucia przynależności. Jeżeli im się to zaoferuje, to naprawdę można obserwować cuda i przemiany, jakie się w młodych dokonują. Jeżeli potrafimy ich przyjmować takimi jakimi są, zamiast usilnie moralizować i zmieniać, ukierunkowywać, to oni sami przylgną do nas.

KK: 2 lutego, w święto Ofiarowania Pańskiego, osoby zakonne obchodziły Dzień Życia Konsekrowanego. Jak siostra przeżywa ten dzień i co siostra poradziłaby młodym ludziom, którzy zastanawiają się nad swoim powołaniem?

S. DM: Ten dzień jest dla mnie zawsze czasem zatrzymania się i dziękczynienia za dar powołania, za prowadzenie oraz codzienność. To dzień, kiedy przypominam sobie, że to Pan wybrał mnie, a ja tylko odpowiedziałam na Jego zaproszenie. Młodym staram się radzić jedno, nie tylko jeżeli chodzi o powołanie, ale również jeżeli chodzi o każdy ważny wybór (np. szkoły) – słuchać własnego serca. Bóg nie przychodzi w fajerwerkach, ale często w ciszy i samotności. Zawsze zachęcam, aby słuchali swoich pragnień i modlili się o zrozumienie, bo Pan daje nam pragnienia serca, tylko my czasem nie potrafimy ich słuchać. Zachęcam młodych do odwagi w wybieraniu tego, co dla nich ważne, pomimo strachu, niepewności i tego, co dziś dyktuje nam świat.

KK: Dlaczego warto podążać tą drogą?

S. DM: Warto żyć w prawdzie z samym sobą. Jeżeli Bóg woła i daje pragnienie poświęcenia
Mu życia, to warto iść za tym. Bo kiedy żyje się w prawdzie ze sobą i swoimi pragnieniami, to osiąga się szczęście. Dziś łatwo wybierać to, co chwilowe i przyjemne, ale to na dłuższą metę nie daje prawdziwego szczęścia. Żyjąc swoim powołaniem na maxa, stajemy się autentyczni i prawdziwi, a już samo to świadczy o tym, że naprawdę warto.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *